Jak wybrać świadków? I dlaczego nie zawsze warto, aby było to rodzeństwo?


Przygotowując się do ślubu dołączyłam do niewielkiej, niezwykle systematycznej grupy na Facebooku, na której zebrało się kilkadziesiąt dziewczyn przygotowujących się do ślubu w 2016 i 2017 roku.
Wspierałyśmy się, dzieliłyśmy pomysłami i problemami.
I, niestety, jednym z częstszych powodów, z którymi musiały/muszą zmierzyć się przyszłe Pary Młode jest... niewłaściwy wybór świadków.

Nierzadko - i wynika to z moich wieloletnich obserwacji - obok Pary Młodej staje rodzeństwo, bądź najbliższe rodzeństwo cioteczne/kuzynostwo. Bo tak wypada. Bo się obrażą. Bo co rodzina powie?
A ja uważam, że to błąd. 

Każdy, kto planował ślub wie, ile zaangażowania to wymaga od narzeczonych i ich najbliższej rodziny. I chociaż świadkowanie jest ogromnym wyróżnieniem to na barkach starszych ciąży także wielka odpowiedzialność. Wybór ich nie może więc być przypadkowy, bądź podjęty bo tak wypada.
Nie dajcie sobie narzucić świadków.  Nie gódźcie się na świadkowanie kogoś, na kim nie możecie polegać.  To Wasz dzień i to do Was zależy ostateczna decyzja.

Pamiętajcie, że obowiązek świadków nie zaczyna się na organizacji wieczoru panieńskiego/kawalerskiego, ani nie kończy na podpisaniu dokumentów w kościele oraz uśmiechaniu się na zdjęciach.
Ważne, aby na świadków/drużbów wybrać osoby, co do których będziemy mieli pewność, że będziemy mogli na nich liczyć w każdej porze dnia i nocy, którzy będą w stosunku do nas bezwzględnie szczerzy, rozładują nasz każdy zły humor i użyczą ramienia, gdy przyjdzie taka potrzeba. A w takich sytuacjach najlepiej sprawdzają się przyjaciele.

(Nie zapominajcie, że świadkować nie muszą osoby różnej płaci. Równie dobrze mogą to być dwie kobiety, bądź dwóch mężczyzn! W przypadku ślubu kościelnego nie muszą to być osoby wierzące. Ważne tylko, aby były to dwie PEŁNOLETNIE osoby - tyle podpisów potrzeba, aby akt małżeństwa nabrał wartości prawnej i sakramentalnej)


Owszem, zdarzają się rodzeństwa, które są dla siebie najbliższymi przyjaciółmi. Sama znam kilka takich przykładów, a także sama mam dwóch wspaniałych braci.
Jednak, chociaż kocham moich braci całym sercem, a rodzeństwo mojego męża jest mi równie bliskie (zwłaszcza jego siostra, której sama nigdy nie miałam), nie świadkowało nam, ani nie stanęło w naszym orszaku żadne z nich.
Mimo pierwotnego oburzenia najbliższej rodziny, mimo tradycji, mimo ogromnej więzi. Dlaczego?

Dlatego, że spoczywał już na nich bardzo duży obowiązek i presja. Funkcja rodzeństwa Pary Młodej.
Dlatego też zdecydowaliśmy, że w dniu wesela chcemy dać im "wolne" - aby mogli chociaż na chwilę się odprężyć po miesiącach przygotowań, dać ponieść zabawie, wypić i zwyczajnie celebrować, bez konieczności sprawdzania co chwilę, czy nie potrzebujemy ich pomocy.
I wiecie co? Byli nam za to wdzięczni! ;) Bo wybawili się za wszystkie czasy i ani przez chwilę nie czuli się zdegradowani, ani niedocenieni.
A i tak - zarówno przed, w trakcie i po - byli dla nas OGROMNYM wsparciem. Z chęci, nie z konieczności.

(Jeśli wahacie się między przyjaciółmi, a rodzeństwem... po prostu porozmawiajcie o tym ze wszystkimi zainteresowanymi! Nie ma takich problemów, których nie rozwiązałaby szczera rozmowa!)


Kogo więc wybraliśmy na świadków?
Wybór nie był zbyt łatwy! Mieliśmy wielu bliskich znajomych, którzy świetnie sprawdziliby się w tej roli. I, mimo wielu godzin przemyśleń i różnych kombinacji nie udało nam się wybrać jedynie dwójki - zdecydowaliśmy się więc na sześcioosobowy orszak. 
Były to dwie pary i dwie oddzielne osoby. Wszystkich poznaliśmy w różnych okolicznościach i pochodzą oni z kompletnie różnych środowisk. I większość z nich poznała się dopiero tuż przed weselem ;)
Wszyscy mieli jednak wspólną cechę - byli to ludzie z którymi wiele przeszliśmy i którzy są w naszym życiu już od wielu lat i są nam tak samo bliscy, jak rodzina.
I uważam, że to był strzał w dziesiątkę! 


 
Większa liczba świadków/drużbów była to większa ilość pomysłów i rąk do pomocy ;) Było to szczególnie istotne w dniu ślubu - wystarczyło się obejrzeć i w ciągu kilku sekund ktoś zjawiał się u naszego boku z igłą, ktoś inny biegł po coś innego, a jeszcze inny zajmował gości.

Bo właśnie bawienie gości jest jednym z obowiązków świadków, o którym często się zapomina.
Nasz orszak niemalże nawet na chwilę nie schodził z parkietu zabawiając wszystkie ciocie, podnosząc z krzeseł wujków i upewniając się, że nasi zagraniczni znajomi są na bieżąco z wydarzeniami.
Tu, po raz kolejny, sprawdziło się to, że były to osoby spoza rodziny - co prawda nie znali większości/części naszych gości, jednak to pozwoliło im na większą swobodę i spontaniczność.
Wszystko to bardzo zintegrowało nasze rodziny - nie bawili się tylko we własnym gronie, bo nikt z naszych drużbów nie przejmował się pokrewieństwem - mieszali ludzi, jak wujek Janusz trunki ;)

Na koniec mam dla Was także anegdotę. Moją świadkową/główną druhną była moja przyjaciółka, którą znam odkąd pamiętam - nasze drogi zeszły się jeszcze zanim się urodziłyśmy ;) Mój tata od wielu lat przyjaźnił się z jej tatą, był także świadkiem na ślubie jej rodziców. Pamiętam, jak kiedyś obiecałyśmy sobie, że gdy będziemy duże to weźmiemy ślub w tym samym roku - ja, latem, egzotyczny, a ona zimą, w klimacie krainy lodu i będziemy sobie nawzajem świadkować. Miałyśmy w tedy chyba 5-6 lat, ale wiecie co?
Ta obietnica się spełniła! :)



Udostępnij na Google Plus

O mnie Dagmara Górzkowska

Dagabout to luźna analogia gadabout, czyli włóczykija. Jak Włóczykij (który był moją pierwszą miłością!) wciąż kręcę się po świecie w poszukiwaniu swojego idealnego miejsca. Poza podróżami kocham także książki, dźwięki gitary, bajki Disnaya i dobre, bezglutenowe, wegetariańskie jedzenie. Zwykłe jedzenie też lubię, ale jest to miłość niespełniona, od kiedy w nasz związek weszło Hashimoto. Jestem niebrzydka, niegłupia, nieskromna, raczej miła, chociaż mam czarne poczucie humoru. Jeśli jesteś tu pierwszy raz - napisz mi coś o sobie, chętnie Cię poznam!
    Skomentuj na Bloggerze
    Skomentuj na Facebooku

0 komentarze:

Prześlij komentarz