Historia mojej emigracji



Jestem dwudziestotrzylatką, ale już ćwierć mojego życia spędziłam za granicą. Bywało różnie.
Po raz pierwszy wyemigrowałam w 2006 roku. Było to wtedy gorąca, śmierdząca algami Andaluzja na południu Hiszpanii.
Byłam wtedy dosyć zbuntowaną nastolatką, pełną ideałów i planów na przyszłość. Wiecie, taka dzisiejsza gimbaza, tylko nieco bardziej poukładana.
W Hiszpanii było gorąco. Żadne z nas nie znało hiszpańskiego, wokół nie mieliśmy żadnych Polaków, wszystko było nowe, przytłaczające i absorbujące.


Mówi się, że dzieci mają zdolność w nauce języków obcych. My jesteśmy tego żywym przykładem - już po pół roku pobytu w Hiszpanii potrafiliśmy się swobodnie porozumiewać. Chodziliśmy do szkoły, spotykaliśmy się ze znajomymi, podróżowaliśmy. Wszyscy byli szczęśliwi - oprócz mnie.
Z czasem chyba po prostu minął ten zachwyt, który towarzyszy poznawaniu nowego miejsca.
Wszystko zaczęło mnie denerwować. Morze, plaża, mentalność ludzka, szkoła, znajomi, nawet wiatr. I ten niekończący się upał. Latem nawet nocą temperatura oscylowała około 30°C. W okresie wiosenno-letnio-jesiennym najczęściej zamykałam się więc w pokoju unikając jakichkolwiek promieni słonecznych.
A najgorsza była ta okropna tęsknota. Za Polską, za przyjaciółmi, za psem - za wszystkim, co znam. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że przeżywałam wtedy klasyczną depresję eurodziecka.


W Hiszpanii uczyłam się w klasie medycznej - jak wszyscy więc chciałam zostać lekarzem. Ja chciałam być onkologiem dziecięcym. Wydawało mi się wtedy, że polska edukacja stoi na wyższym poziomie niż hiszpańska.
Marudziłam, narzekałam i jęczałam wytaczając coraz to nowsze argumenty, aż w końcu rodzice pozwolili mi wrócić do Polski. Była to jesień 2009, a ja byłam prze-szczęśliwa.


W Polsce miałam niespełna czteroletni epizod. Wystarczająco, żeby skończyć liceum, zakochać się, rozpocząć pracę, dostać się na studia, zaręczyć i podjąć decyzję, że to nie jest start w życie, jakiego bym chciała. Mój narzeczony miał podobne zdanie.
Życie głównie na koszt rodziców, brak niezależności, brak czasu i - oczywiście - chroniczny brak wystarczającej liczby pieniędzy.

Propozycja pracy za granicą dosłownie sama nas znalazła. Skontaktował się z nami agent pośrednictwa pracy z propozycją wyjazdu do Wielkiej Brytanii. Wysłaliśmy więc nasze CV.
Najpierw przeszliśmy rozmowę kwalifikacyjną ze wspomnianym agentem pracy, później telefoniczną rozmowę z brytyjskim reprezentantem firmy, która zaproponowała nam stanowisko. Następnie zostaliśmy zaproszeni na osobistą rozmowę kwalifikacyjną, która odbyła się w Warszawie. Spotkaliśmy się wtedy z całym - pięcioosobowym - sztabem rekrutacyjnym.
Następnego dnia dostaliśmy pozytywną odpowiedź, niedługo później poznaliśmy placówkę, w której mieliśmy pracować. Pięć tygodni po rozmowie kwalifikacyjnej, w kwietniu 2013 roku, byliśmy już w Szkocji.

Początki nie były łatwe. Ba, były niezwykle ciężkie! W pierwszym miesiącu byliśmy gotowi się spakować i wrócić do kraju.
Byliśmy tam tylko we dwoje, mieszkający ze sobą "na poważnie" dopiero pierwszy raz. Nie mieliśmy internetu, ani ciekawych ofert telefonicznych nasze kontakty z najbliższymi ograniczały się więc do kilkuminutowego minimum.
Przez pierwsze półtora miesiąca wynajmowaliśmy pokój u pewnej Szkotki-nimfomanki, u której co i rusz pomieszkiwał ktoś na dziko. W największym apogeum była to trójka ludzi, której niezwykle łatwo przychodziło wyjadanie naszych zapasów. Kolejny pokój w tym samym mieszkaniu wynajmował inny Polak, który był chyba największym bałaganiarzem, jakiego spotkałam do tej pory. On też lubił się częstować.
1 czerwca 2013 wynajęliśmy pierwsze samodzielne mieszkanie.


Początkowo mieszkaliśmy w okolicy Stirling - pięknego, klimatycznego miasteczka, nad którym górował zamek. Wokół były tylko lasy, pola i góry. No i to świeże wyspiarskie powietrze.
W pracy, którą podjęliśmy na początku spędziliśmy ponad rok. W tym czasie bardzo mocno rozwinęliśmy nasze umiejętności językowe, poznaliśmy mnóstwo ludzi i dwie wspaniałe przyjaciółki, które są dla mnie jak siostry.
Z czasem jednak zaczęliśmy się nieco dusić w małym, zastałym miasteczku. 1 czerwca 2014 roku, równy rok po osiągnięciu całkowitej samodzielności, zamieszkaliśmy więc w Glasgow.


O życiu w Glasgow z pewnością pojawi się jeszcze cała seria wpisów. Powiem tylko, że to miasto nas zaskoczyło i rozczarowało jednocześnie.
Wynajem mieszkania to istna "gra o tron", a podjęcie pracy nie jest takie łatwe, jak wszyscy obiecywali. W dodatku centrum śmierdzi przez obszczymurów, a nocami biegają po nim lisy.
Mimo to oboje pokochaliśmy to miasto. Ma wspaniały wiktoriański klimat. Jest ciche i spokojne, a mimo tego ma ogromny dostęp do niezliczonych rozrywek i atrakcji. Mamy świetne prace. Tutaj także poznaliśmy całą masę wspaniałych ludzi - paradoksalnie, niewielu Brytyjczyków ;)
Dobrze nam się tutaj żyje i - przynajmniej do ślubu - nie zamierzamy tego zmieniać.


Myślę jednak, że Glasgow nie jest ostatnim miejscem na mapie, w którym zamieszkamy.
Niestety, pracy na zachodzie jest coraz mniej. Rynek pracy jest zalewany przez różnego koloru imigrantów spoza  Europy, którzy podejmują pracę na warunkach, które są uwłaczające dla przeciętnego człowieka.
Udostępnij na Google Plus

O mnie Unknown

Dagabout to luźna analogia gadabout, czyli włóczykija. Jak Włóczykij (który był moją pierwszą miłością!) wciąż kręcę się po świecie w poszukiwaniu swojego idealnego miejsca. Poza podróżami kocham także książki, dźwięki gitary, bajki Disnaya i dobre, bezglutenowe, wegetariańskie jedzenie. Zwykłe jedzenie też lubię, ale jest to miłość niespełniona, od kiedy w nasz związek weszło Hashimoto. Jestem niebrzydka, niegłupia, nieskromna, raczej miła, chociaż mam czarne poczucie humoru. Jeśli jesteś tu pierwszy raz - napisz mi coś o sobie, chętnie Cię poznam!
    Skomentuj z Disqus
    Skomentuj z Facebooka